środa, 23 marca 2011

Dzieje się

Ciągle coś się dzieje. Ustaliliśmy podział obowiązków w naszej fundacji oraz zakres działalności. Malwina odpowiada za wolontariuszy, Tomek za odbiorców korepetycji , Łukasz - za projekty, Michał- ogólnie ogarnianie wszystkich mniejszych i większych rzeczy związanych z fundacją, Ewelina- wizerunek medialny i identyfikacja wizualna . Lada dzień powinna powstać nasza stronka. Następnie wizytówki, prospekty i do dzieła. Wczoraj rozpoczął się konkurs organizowany przez MSZ na dofinansowanie działań wolontariuszy za granicą. Sam widzę, jak nasza praca nabiera coraz bardziej konkretnego wyrazu i co tu dużo mówić- jest ciekawa .

wtorek, 15 marca 2011

Początek nowego tygodnia.

Nowy tydzień zaczynamy od dalszego czekania na NIP. Fenomenem ostatniego tygodnia był fakt wystawienia nam przez Urząd Statystyczny dwóch numerów REGON. Jak to się stało? KRS solennie zapewniał, że nie wysyła dokumentów do Urzędu Skarbowego i Statystycznego , gdyż nasza fundacja nie ma działalności gospodarczej , dokumenty wysłał. I tak musiałem jechać wykasować drugi numer i próbować dojść do kogoś w US. Pewnie i tak będę musiał czekać na list z US , by udać się do nich i korygować. Tak to już jest z naszą biurokracją. Dość już o mozole życia codziennego.

W organizacji Sektor 3 pomagającej takim fundacją jak nasza, zaproponowano mi szereg doradców z zakresu prawa, księgowości. Zapisałem też członków naszej fundacji na dwa ciekawe szkolenia z zakresy budowania finansów organizacja i zarządzania organizacją. Lada dzień powinna ruszyć nasza stronka. Mamy już projekt wizytówki i papieru firmowego. Do szczęścia brakuje nam tylko NIP-u i prospektów. Mam nadzieję , że i to uzyskamy w ciągu kilku dni.

Odświeżyliśmy też nasze kontakty z WSB. W kwietniu będziemy mieli gościnny wykład o Mongolii i naszej fundacji.

Wczoraj wpadłem na pomysł znakowania rowerów, ale na razie odkładam ten pomysł. Trzeba się zająć organizacją bieżących projektów. Przed nami początkowy kontakt z mediami i szukanie środków finansowych.

czwartek, 10 marca 2011

Trzech studentów na pustynnym stepie Mongolii (www.dlastudenta.pl)

Rozmowa z Michałem Działowskim, studentem Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, który z przyjaciółmi zorganizował wyprawę
 edukacyjno–pomocową do Mongolii, gdzie m.in. prowadzili zajęcia z angielskiego dla młodzieży.

Ewelina Melaniuk: Michale, latem 2010 zorganizowałeś wyprawę do Mongolii. Skąd pomysł, żeby pojechać właśnie tam? Do kraju, który w świadomości Polaków jest na odległym miejscu wśród krajów azjatyckich. Przed nim są z pewnością Chiny, Kambodża, Laos, Wietnam.
Michał Działowski:
 To była myśl chwili. Byłem w górach razem z Łukaszem i Tomkiem i myśleliśmy o tym, o czym myśli sporo osób pod koniec studiów. Jakie mamy plany? Co chcielibyśmy zrobić? Ja zawsze chciałem zorganizować wyprawę do Azji, Tomek jako filolog j. angielskiego podrzucił pomysł pomocy dzieciom w formie nauki języka, a Łukasz rzucił hasło Mongolia.

EM: Skąd u niego ten pomysł?
MDZ: 
Głównym argumentem była chęć zobaczenia stepu. Łukasz jest zapalonym fotografem, a sfotografowanie stepu było jego marzeniem.

EM: I marzenie się spełniło..
MDZ: 
Tak. Było niemiłosiernie gorąco, dookoła piasek i znikomy zachwyt ze strony Łasego (Łukasza). Marzenie zostało spełnione.

EM: Spełnianie marzeń to piękna sprawa, ale z tego co wiem to nie był to jedyny powód waszej podróży?
MDZ: 
Głównym i podstawowym celem był dojazd do Mongolii inauka
 dzieci angielskiego. Jednak kiedy spotykaliśmy się ze sponsorami i szukaliśmy finansowania dla naszej wyprawy, podjęliśmy decyzję, że zrobimy wszystko, żeby pomóc również finansowo. Chcieliśmy stworzyć pakiet pomocowy. Wiedzieliśmy od naszych znajomych Mongołów, że generalnie jest sporo instytucji, którym trzeba pomóc. Najłatwiej będzie rozeznać się w potrzebach na miejscu i wtedy w miarę możliwości kupić to co będzie potrzebne w danej chwili.

EM: Co okazało się najpotrzebniejsze?
MDZ: 
Zdecydowaliśmy, że zakupimy 50 wyprawek szkolnych dla dzieci z dwóch sierocińców. Zakup ten wpisywał się w edukacyjny wymiar naszej wyprawy i wiemy, że dzieciaki z niego skorzystały.

EM: Jednak waszym głównym celem była nauka języka angielskiego. Kogo uczyliście?
MDZ:
 Na miejscu, w Ułan Bator skontaktowaliśmy się z organizacją pomocową Lions Club. Było im na początku trudno uwierzyć w to, że troje białych ludzi przejechało taki kawał drogi, żeby pogadać sobie po angielsku i kupić dzieciom kredki. Jednak po chwili rozmowy przekonali się do naszej inicjatywy . Dali ogłoszenie do gazety, że będą organizowane lekcje angielskiego
. Zebrało się sporo osób. Głównie młodzież, ale również pracownicy Chinngis Khan Bank na przykład. Byliśmy też codziennie w sierocińcu i uczyliśmy dzieci bawiąc się z nimi, śpiewając, tańcząc – było świetnie.

EM: Z tego co mówisz to poznaliście
 sporo mieszkańców Ułan Bator, mógłbyś określić jacy oni są? Dla większości Polaków to wciąż bardzo egzotyczny kraj.
MDZ: 
Trochę liczb na początek. Mongolię zamieszkuje niespełna 3 mln ludzi na terenie pięć razie większym niż Polska. Połowa z nich mieszka w jurtach, czyli tradycyjnych namiotach mongolskich usytuowanych wokół miasta. Poziom życia jest naprawdę niski A jeśli pytasz o Mongołów, to zauważyłem, że oni ciągle krążą. Jak krew w organizmie. Prowadzą często koczowniczy tryb życia. Mówię tu oczywiście o tych mieszkańcach, którzy mieszkają na stepie.

EM: Żyją po za komercyjną cywilizacją zachodu?
MDZ:
 Nie licząc Mongołów, których widziałem po środku stepu, jadących na koniu i rozmawiających przez telefon komórkowy. 

EM: A co z mieszkańcami bardziej cywilizowanej części Mongolii? Co powiedziałbyś o mieszkańcach stolicy?
MDZ: 
Żyją bardzo szybko. Panuje wszechobecna kultura marki – wszyscy ubierają się w rzeczy markowe. Przy czym markowe znaczy tylko tyle, że na metce napisane jest Versace lub Burberry, krój jest podobny, ale absolutnie wszystko jest podróbką. Miałem wrażenie, że ludzie na ulicach Ułan Bator są jakby wycięci z kolorowych gazet europejskich.

EM: Czyli silny modowy wzorzec europejski dotarł nawet do Mongolii. Czy z wiedzą o Polsce
, Polakach jest podobnie? Kiedy mówiłeś, że przyjechałeś z Polski, jaka była reakcja?
MDZ: 
To taki kraj gdzieś tam na północy, obok morza, gdzie jest zimno - najczęstsza odpowiedź.  Spotkałem jednego Mongoła, który mnie zaskoczył. Był zafascynowany naszą husarią i wspomniał o krwawej bitwie na polach legnickich. Co prawda Polska przegrała, ale walka była na tyle krwawa, że mongolscy dowódcy zdecydowali, że pójdą na Czechy. 

EM: Przeżyłeś jakiś totalny szok podczas pobytu tam? Co wspominasz najbardziej?
MDZ: 
Tak. Jest coś takiego. Są nieśmiertelne, ciągle pamiętam ich zapach, to baranie flaki. Są wszędzie, bo traktuje się je tak jak u nas ziemniaki. Warzywa spotyka się sporadycznie. Gdyby nasz rodzimy Sanepid mógł zobaczyć jak wyglądają kwestie sanitarne w Mongolii, gdzie mięso wisi na słońcu przez dwa dni, a później jest podawane w knajpie. W ciągu dnia na przełomie sierpnia i września było ponad 30˚C. 

EM: Mówiłeś o tym, że ludziom w Mongolii żyje się ciężko, że panuje ubóstwo. Po pobycie tam potrafisz wskazać przyczyny takiej sytuacji?
MDZ: 
Kwestia podstawowa to ograniczona gospodarka. Chociaż Mongolia ma jedne z najbardziej zasobnych kopalni złota i srebra na świecie, to nie przekłada się to na poziom życia obywateli. Zyskuje na tym wąska grupa osób i skorumpowany rząd.

EM: Mieszkańcy Mongolii oczekują pomocy od Europy?
MDZ: 
Generalnie Mongolia potrzebuje pomocy w ogóle. Unia Europejska pomaga w niewielkim stopniu. Pomocna jest Japonia, Chiny. Chociaż ta pomoc często jest nietrafiona, bo przy rozdzielaniu środków nie bierze się pod uwagę rzeczywistych potrzeb. Na przykład buduje się szkołę w takim miejscu, w którym jest niepotrzebna. Problem w tym, że Mongolia jeszcze nie odnalazła się w tej rzeczywistości po upadku komunizmu. Musi upłynąć trochę wody w rzece zanim te zaszłości odejdą w przeszłość.

EM: A jaki w takim razie jest poziom świadomości Mongołów o tym co się dzieje w Europie i na świecie? Jest swobodny dostęp do informacji?
MDZ: 
Oczywiście jest z tym różnie. Mongoł na stepie może myśleć, że nadal należymy do państw satelickich ZSRR, a mieszkaniec Ułan Bator widział film „Katyń” i mówił o tym, że bardzo współczuje nam takiej historii
. Dużo osób wiedziało też o katastrofie smoleńskiej. 

EM: Michale, po tych wszystkich doświadczeniach z Mongolii jakie masz plany na ten rok?
MDZ:
 Wiesz, Mongolia była takim dobrym początkiem, próbą naszej przyjaźni i pokazaniem, że damy sobie radę. Wyprawa miała pokazać, że nasz pomysł ma sens. Już wcześniej myśleliśmy o tym, żeby założyć fundację, ale nie chcieliśmy otwierać jej nie mając żadnych podstaw. Teraz wiemy, że to ma sens.

EM: Co planujecie teraz?
MDZ: 
Otworzyliśmy fundację Ludzki Świat. Będziemy zbierać środki finansowe na kolejne wyprawy. Plan jest taki, że chcielibyśmy pojechać do Laosu i Kambodży, a drugi zespół odwiedzi Mongolię.

EM: Czego powinnam wam życzyć? Szczodrości sponsorów?
MDZ: 
Czasu. Jeśli się bardzo chce to wszystko jest możliwe. Zbierzemy dużo pieniędzy
 – super, zrealizujemy wszystko z dużym rozmachem. Będzie ich trochę mniej, to też sobie poradzimy – i tak i tak to zrobimy. Udowodniliśmy, że potrafimy, jesteśmy rzetelni i uczciwi.

EM: Podzielam Twój entuzjazm  i życzę powodzenia Tobie i całej fundacji Ludzki Świat.

Rozmawiała Ewelina Melaniuk

Więcej o wyprawie na blogu: wyprawa-mongolia.blogspot.com

środa, 9 marca 2011

Z Łukaszem na kawie.

Skończyłem wcześniej zajęcia i zdzwoniliśmy się z Łasym. Łukasz Łasa( Łasy) jest prezesem naszej Fundacji "Ludzki Świat", a ja ( Michał Działowski) jestem wiceprezesem. Obaj dobrze odnajdujemy się w naszych rolach. Siedząc na kawie dopięliśmy szczegóły graficzne naszej strony. W czwartek idziemy na spotkanie z Kanclerzem Międzynarodowej Wyższej Szkoły Logistyki i Transportu (szkoła wygrała konkurs na najdłuższą nazwę uczelni). Powyższa uczelnia wsparła nas już przy okazji ostatniej wyprawy (Projekt MONGOLIAng 2010).

A co teraz? Za kilka dni zacznie działać nasza strona internetowa. Członek naszej Rady Fundacji (Ewelina Melaniuk) tworzy treść i formę naszych prospektów sponsoringowych fundacji. Wczoraj przyszła pocztą karta płatnicza naszej fundacji. Poczułem się naprawdę dobrze, kiedy zobaczyłem realną rzecz (napis na karcie " Ludzki Świat" , która zrodziła się z naszego pomysłu i jest owocem naszej działalności). Na wczorajszym spotkaniu powstał pomysł hasła fundacji lub cytatu, który będzie w jednym zdaniu czy twierdzeniu wyrażał naszą działalność. Tym samym ogłaszam konkurs na hasło , zawołanie czy cytat dla naszej fundacji. Nagrodą jest własna satysfakcja!



Za dwa tygodnie - tyle mniej więcej czeka się na NIP, zaczniemy rozsyłać wnioski na dofinansowanie naszych bieżących projektów. Projekty jak na dzień dzisiejszy są dwa:
1) Mongolia 2011- projekt bazujący na naszych poprzednich doświadczeniach i kontaktach. Wyślemy trzy osoby , które będą prowadzić działania edukacyjne i pomocy socjalnej na miejscu.

2) Projekt Laos 2011 - projekt oparty na kontaktach i doświadczeniach, które otrzymaliśmy od znajomych Francuzów, którzy przebywali w tym kraju prawie dwa lata.


Środki , które chcemy zebrać przeznaczymy na transport, wyżywienie i nocleg wolontariuszy na miejscu. Następnie będziemy zbierać dodatkowe środki, za które zakupimy pakiety pomocowe na miejscu, adekwatnie do potrzeb.

Pomijając małe i większe rzeczy, na dzień dzisiejszy to właściwie wszystko. Zabieramy się do pracy i mamy nadzieję ,że uda nam się zrobić jak najwięcej.


Michał

Minęło trochę czasu.

Czas mija, a my nie przestaliśmy działać. Zaczął się nowy rok akademicki, praca i inne rzeczy. Najważniejsze , że cały czas pracujemy na rzecz naszej fundacji. Właściwie czekamy już tylko na numer NIP z Urzędu Skarbowego. KRS i Regon za nami. Lada dzień powstanie strona internetowa, prospekty fundacji i zaczynamy dopinać szczegóły bieżących projektów. Na jakieś dwie godzinki napiszę więcej o tym co się u nas teraz dzieje. Na razie muszę iść na zajęcia i wypadałoby coś poczytać przed zajęciami. Pozdrawiam Michał

niedziela, 17 października 2010

Minął miesiąć

Bardzo ciężko było mi się zabrać do napisania tej ostatniej wiadomości. Ostatniej bo to ona zakończy tą wyprawę. W jakiejś chwili dodamy ostatnie zdjęcia. Mam nadzieję, że każdy dorzuci jakieś swoje odczucia po Mongolii. Od momentu, kiedy wróciłem zacząłem się od nowa przyzwyczajać do starego świata. Jednak na każdym kroku łapał mnie jakiś element związany z podróżą. Widok jedzenia, tak zróżnicowanego i dobrego w smaku. Pierwsze lepsze miejsce , gdzie można zjeść bez obawy o późniejsze powikłania. Program w telewizji o Mongolii i sztuczność postawy prezentera. Osoba pytająca się mnie o hasło do krzyżówki: Mongolski pasterz na pięć liter. Odpowiedź - nomad. Wiadomości od znajomych z Mongolii jak tam powrót do Polski. Zacząłem studia magisterskie, pracuje, gromada zuchowa, inne zajęcia. Czas nabrał uporządkowania. Właściwie cały czas cisną mi się do głowy porównania. Jazda w zatłoczonym autobusie dla innych katorga, a dla mnie niczym po bojach w komunikacji publicznej w Mongolii. Powietrze, ludzie, budynki, drzewa wszytko inne , ale trochę podobne. W końcu pytania ludzi jak tam było, czy dobrze, czy źle, ceny, przygody.Co już przy kolejnym opowiadaniu staję się męczące. Wolę pomilczeć, pomyśleć. Ta podróż dała mi wiele. Już sama podróż "tam" pokazała jak daleko jedziemy. Odwiedzanie tak dalekich krajów oraz przebywanie trochę dłużej pozwala oddalić się od codzienności w normalnym życiu. Przebywa się w zupełnie innym środowisku, odcięcie od korzeni. W końcu dała nam następny cel - fundację. Ludzie zarówno tutaj jak i w Mongolii, dzieci oraz nasze indywidualne przekonania dały nam do zrozumienia, że warto założyć taką organizację. Chcemy robić więcej. Jednak dla mnie ta podróż była próbą. Próbą mnie samego , przyjaźni, tego co będzie dalej. Stałem się jakby bardziej cichy. Mniej mówię, więcej myślę . Jakby już teraz to wszystko nie jest warte mówienia. Gdy słucham ludzi, świata na około, czuję się jakoś dziwnie. Chce wrócić, pojechać gdzieś dalej, być w ruchu. Widzieć i czuć świat zmieniający się w około. Kiedy jadę w cichym autobusie po równej drodze i siedzę w wygodnym siedzeniu obserwuję widok na oknem .Tak inny od stepu. Kiedy zamkną oczy widzę step. Bezkresną przestrzeń. Gdzieś w oddali samotna jurta. Kiedy leżę w łóżku i zamykam oczy chce , aby kiedy je otworzę zobaczyć drewniane rusztowanie dachu jurty. Mogę mieć tylko nadzieję , że nasze życie potoczy się tak , abyśmy mogli robić to co pragniemy dalej. Może to będzie mój sens życia. Może to będzie to co będę robił w życiu. Czas pokaże. Na pewno nie odpuścimy. Michał

czwartek, 23 września 2010

Poranna poczta

Milo zaczął się ten dzień dla mnie. Pozostało mi  przyzwyczajenie z Mongolii, zaraz po przebudzeniu sprawdzam pocztę, facebooka i nasz blog. Wstaje wcześnie bo jeszcze odczuwam skutki przesunięcia czasowego...  W każdym razie pisze ponieważ dostałem bardzo ciepłego maila. Wiem ze korespondencji nie powinno sie publikować szerzej ale ten mail na to zasługuję


 "Mam na imię Marta i jestem studentką z Wrocławia. Wczoraj usłyszałam w faktach o waszej wyprawie do Mongolii i zaciekawiona tematem, użyłam Googli, żeby sprawdzić czy opisaliście gdzieś swoją przygodę. I tak trafiłam na waszego bloga. Przeczytałam go jednym tchem… Ciekawość kolejnych postów wygrywała z rozsądkiem, który podpowiadał mi, że powinnam przełożyć czytanie na kiedy indziej, bo jest po pierwszej w nocy, a rano musze wcześnie wstać. Nie mogłam się oderwać, więc ostatecznie zdecydowałam, że wstawaniem będę się martwić rano :-)

Dzięki waszym opisom poczułam atmosferę przygotowań do wyprawy, potem klimat niesamowitej, pięknej podróży, byłam na pustyni, na targu i prawie poczułam zapach baranich flaków, o których dowiedziałam się, że są nieśmiertelne ;) Tylko ta część opisów dotycząca szczegółów kwestii motoryzacyjnych pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą ;-)

Postanowiłam do Was napisać, żeby dać znać, że jestem pełna podziwu dla waszej odwagi i determinacji w realizacji marzeń swoich i nie tylko. Myślę, że podarowaliście tym dzieciom piękny prezent i że będą długo długo wspominać ten radosny czas spędzony z Wami. Byłam wzruszona i uśmiechnięta od ucha do ucha czytając opisy waszych wizyt w sierocińcach :-)

Wasz przykład napełnia mnie optymizmem, wiarą w ludzi i w to, że nie ma rzeczy niemożliwych – trzeba tylko bardzo mocno chcieć :-) Myślę, że pamięć o waszym przedsięwzięciu doda mi zapału i wytrwałości w dążeniu do celów jakie sobie wyznaczyłam i odwagi w planowaniu moich wymarzonych podróży.
Dziękuję za inspirację :-)

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie

Marta"

Marto, cieszę się, że dostaliśmy od Ciebie wiadomość. Niezwykle przyjemne jest to, że nieznana osoba, tak pozytywnie i ciepło wypowiada się o nas i o tym co zrobiliśmy. Opinie ludzi z zewnątrz są niezwykle cenne dla nas ponieważ własnie wtedy wiem że to co robiliśmy było warte prób i starań. Te dzieci również nam zapadną na długo w pamięci.

Pozdrawiam
Łukasz

piątek, 17 września 2010

Ostatni dzien.

Dzisiaj uplynal nam ostatni dzien w Mongolii. Za kilka godzin przyjedzie takswowka ktora zabierze nas na lotnisko a my siedzimy przed nasza jurta rozmyslajac o wszystkim co zdarzylo sie w ciagu ostatnich czterech tygodni w Mongolii.

Wyjazd ten byl inny niz wszystkie. Nie da sie, nawet na stronach tego bloga, opisac wszystkiego co zaskoczylo i zdziwilo nas w tym kraju. Jego nie da porownac sie do niczego innego, tutaj po prostu trzeba przyjechac. Oczywiscie nie zawsze bylo wesolo, poza wzlotami mielismy tez upadki, nekaly nas choroby i niewygody ale jedno na pewno zostanie w naszej pamieci:

Dzieci z sierocinca, ktore nie pozwalaly nam wyjechac. Przytulaly sie do naszych nog, blagaly o ostatnie zabawy i do konca dopytywaly sie czy jutro tez przyjdziemy.

Zegnalismy jes z zalem ale takze z poczuciem spelnionej misji. Wiemy, ze pozostawilismy po sobie slad, wiemy ze zrealizowalismy nasze ambicje i marzenia, wiemy ze do Mongolii jeszcze kiedys wrocimy.

Pozdrawiamy serdecznie w nasza ostatnia Mongolska noc. Dziekujemy wszystkim, ktorzy przez ten czas czytali naszego bloga i wspierali slowami wsprcia i otuchy.

Jacek Afeltowicz
Michal Dzialowski
Lukasz Lasa


P.S. To jeszcze nie koniec! Nasz blog nie konczy dzialalnosci - zdjec i materialow z Mongolii mamy wiecej niz bylibysmy w stanie zamiescic tutaj w ciagu tego miesiaca.Tak wiec zapraszamy ponownie juz niedlugo! :-)

środa, 15 września 2010

Ludzie Mongolii


Ulaan Batar

1. Wyglad miasta

Ulan Bator nawet w naszym przewodniku (ktory zdaje sie nieco podkoloryzowywac niektore aspekty Mongolii) opisany jest jako najbrzydsza stolica swiata. Jest to oczywiscie prawda ale nie jest to jedyny rekord nalezacy do tego miasta. Jest to takze stolica najmlodsza (Zalozona w 1639 roku) oraz najzimniejsza (srednia roczna temperatura to -0,6 stopnia Celsjusza). Wracajac jednak do estetyki miasta - coz czyni  miasto tak brzydkim? Po pierwsze architektura i urbanistyka. Wiekszosc zabudowy to 4-6 pietrowe postkomunistyczne bloki, ktore gdzieniegdzie ustepuja miejsca wyzszym 8-10 pietrowym kolegom. Miedzy nimi wytyczone sa (dosc spore akurat) podworka, na ktorych poza betonem, smietnikiem, zwalami ziemi i gruzu w zasadzie nic nie ma, a raczje nie byloby gdyby nie niedawna akcja budowy placow zabaw. Nie pytalismy o to zadncyh 'lokali' ale widac, ze wszystkie urzadzenia sa nowe i zadbane, prawdopodobnie wiec nie maja wiecej niz rok-dwa.  Wiekszosc blokow pobudowanych jest wzdluz glownych ulic, ktore w przewazajacej mierze krzyzuja sie pod katami prostymi. Placow jest niewiele, a te ktore istnieja sa puste i brzydkie. W oczy bije niemal absolutny brak zieleni. Na tym polu jednak, tak samo jak w przypadku podworek, widac pewne dzialania wladz miasta - przy remontowanych ulicach przygotowywane sa klomby a gdzie tylko to mozliwe sadzone sa drzewa. Poki co jednak zdecydowana wiekszosc powierzchni miasta stanowi beton, asfalt i pylast ziemia. Ta ostatnia powoduje, ze w miescie nieustannie unosi sie pyl, ktory Lukasz i Michal uznali za wyjatkowo nieprzyjemny a Jacek podejrzewa o bycie jednym  z czynnikow, ktore wywolaly u niego zapalenie pluc. Powyzszy opis odnosi sie glownie do centrum. Miasto jednak to znacznie wiecej, wiec kilka slow poswiece opisaniu warunkuch panujacych w 'dzielnicy jurtowej', w ktorej zreszta mieszakmy.

Nie jest dla nikogo rzecza niespodziewana, ze wegetarianie maja w Mongolii ciezko. Tutejsza kuchnia jest typowo miesna a warzyw jest niewiele. Prawdopodobnie dzieki temu na ulicach nie gnija ich resztki. Wegeterianom (a takze wszystkim wrazliwym osobom) na pewno jednak nie spodobaly sie inne resztki kuchenne zalegajace uliczki naszej dzielnicy. Do codziennosci naleza uciete kopyta, ogryzione zebra i piszczele, czeste sa jeszcze okrwawione fragmenty kregoslupow, czaszki lub nawet cale konskie glowy. Oczywiscie towarzyszy temu bardzo specyficzny zapach. Jesli juz  przy zapachach jestesmy to nie moge nie wspomniec o glownej woni unoszacej sie niemal wszedzie - na ulicach, w barach, w samochodach... Jest to smrod (niesmiertelnych*) baranich flakow. Nie da sie od niego uciec i nie da sie przyzwyczaic. Smierdza tez masy smieci wyrzucanych wprost  na ulice czy do rzeki. Bardzo smutny widok stanowia koryta prawie wyschnietych rzek, ktore sa niemal calkiem zasypane plastikowymi butelkami, torbami, resztkami jedzenie, puszkami, butelkami, kartonami i cala reszta zdobyczy cywilizacji.

Skoro mamy za soba opis wizualny i zapachowy pora na doznania sluchowe. Mongolscy kierocy, jak juz pisalem w jednym z pierwszych wpisow, trabia  namietnie i nalogowo. Tak wiec w miescie nieustannie rozbrzmiewa kakofonia klasonow, wsrod ktorych obok zwyklych, irytujacych zdarzaja sie bardzo ciekawe 'organki' wygrywajace rozne melodie. Drugim typem odglosow sa ciagle, niezidentyfikowane halasy dobiegajace z innych budynkow naszego jurtowiska. Przez cala noc slychac uderzenia mlotow, stukot desek, brzek wiader - zdaje sie - nieustajacej budowy. Do tego oczywiscie szczekanie psow i odglos przejezdzajacych dosc niedaleko pociagow. Najgorszym jednak halasem byl deszcz, ktory obudzil nas pewnego poranka. Okazalo sie, ze jurta dziala jak pudlo rezonansowe - przy intensywnym opadzie czulismy sie jak w srodku werbla! Nic dziwnego, ze jurty rozpowszechnione sa tylko w regionach o bardzo suchym klimacie.

Tak wiec Ulan Bator jest miastem brzydkim, smierdzacym i halasliwym. Generalnie nie poleca sie zostawania tutaj dluzej niz to niezbedne, chociaz musze przyznac, ze z czasem mozna przywyknac do specyfiki tego miasta.

2. Sklepy i targi

Sklepow w Ulan Bator Pelno. Wszystkie glowne ulice sa nimi doslownie usiane, nie brakuje ich tez w miejscach mniej uczeszczanych a nawet w naszej dzielnicy jurtowej, ktora wczesniej nazywalismy slumsami. Co sprzedaja? Najlatwiej zorientowac sie patrzac na szyldy. Nie wiem z jakiego powodu ale na kazdym szydzie poza nazwa sklepu sa nadrukowane zdjecia produktow sprzedawanych w srodku (tak jest w calej Mongolii). Bardzo nam to ulatwia zycie, poniewaz nie znajac mongolskiego od razu wiemy czy stoimy przed barem, sklepem spozywczym, sklepem z artykulami gospodarstwa domowego i czy w danym sklepie dostaniemy alkohol (ciekawostka: w Polsce mowiac o alkoholu uderzamy kantem dloni w bok szyji a Mongolowie pstrykaja sobie w grdyke). W sklepach ciezko jest sie porozumiec a co gorsza, w mniejszych sklepikach nie obowiazuje kolejka - klienci ustawiaja sie wzdluz lady, kazdy wcyiaga odliczona sume pieniedzy i mowi co chce kupic a sprzedawczyni obsluguje wedlug sobie tylko znanego klucza. Jest to bardzo klopotliwe gdy chce sie cos kupic ale nie wie sie ani jak sie nazywa ani ile kosztuje. Zwykle trzeba po prostu poczekac az w sklepie nie bedzie juz inych klientow. Wybawienie jednak nadchodzi z Polski! Otoz w mongolskich sklepach mozna znalezc calkiem sporo produktow spozywczych rodem z ojczyzny. Tak wiec mamy ogorki konserwowe, leczo pieczarkowe, jakies salatki w occie, soki fortuny, pysio, tarczyn, draze kokosowe 'Korsarz', sardynki w oleju i wiele innych. Poza malymi sklepami istnieje kilka galerii handlowych, w tym popularny State Department Store (ktory ukladem wnetrza przypomina nieco wroclawski PeDeT) ktory jest jednym z niewielu miejsc, w ktorym znalezc mozna szeroki asortyment swiezych warzyw (chociaz ceny drakonskie), duzy wybor produktow mlecznych, mies, szynek, produktow garmazeryjnych, mrozonek itd. itp. Co prawda jakosc niektorych produktow moze budzic watpliwosci, jednak jest tu i tak duzo lepiej niz w wiekszosci innych sklepow, nie mowiac juz o targowiskach.

Skoro juz przy targowiskach - w Ulan Bator poza dosc dokladnie juz opisanym przez nas Black Market natknac sie mozna na powstajace i znikajace co kilka dni niewielkie zgromadzenia handlujacych ludzi. Zwykle sprzedajaji warzywa i zwykle wszyscy to samo. Jednego dnia w drodze na dworzec natknelismy sie na kilkanascie osob sprzedajacych ziemniaki, marchewki, kapuste i cukinie, innego dnia pojawily sie ogorki gruntowe i pomidory. Mozna odniezc wrazenie, ze handel ten rozpoczyna sie od dostawy (najprawdopodobniej minibusem :) ) warzyw gdzies z prowincji a potem towar sprzedawany jest przez detalistow na ulicy. Oczywiscie istnieje tez mnostwo sklepow sprzedajacych odzierz. W oczy najbardziej rzucaja sie wystawy wielkich swiatowych marek widoczne na glownym placu miasta oraz rozsiane po calym centrum sklepy sprzedajace ubrania wykonane z mongolskiego kaszmiru i wielbladziej welny. Generalnie asortyment dostepny w sklepach w Ulan Bator nie odbiega dalece od tego znanego z miast europejskich (z wyjatkiem zywnosci, ktorej jest mniej i jest gorszej jakosci).

3. Restauracje, bary i kawiarnie

Barow i restauracji w Ulan Bator jest mnostwo. W zasadzie na kazdym kroku (w centrum) mozna spotkac miejsce oferujacym jedzenie. Przybytki te mozna  podzielic na trzy rodzaje - tanie ale brudne i smierdzace, nowe, czyste i nieco drozsze oraz restauracje uchodzace za eleganckie. W tych pierwszych mozna sie najesc juz za 3000MNT (7,5zl), w tych drugich trzeba sie liczyc z wydatkiem 6000MNT (15zl) w trzecich dania glowne zaczynaja sie od okolo 9000MNT (22,5zl). Jak widac ceny nie sa wysokie. Ulan Bator nalezy do jednych w niewielu odwiedzonych przeze mnie (Jacka) miejsc, w ktorych taniej jest jadac w tanich barach niz samemu gotowac sobie posilki. Kupno ryzu, warzyw i miesa na podstawowe risotto (nie licze przypraw, oleju itp.) kosztuje tyle co trzy duze posilki w niedrogim barze (z napojami wlacznie). Niestety asortyment tych miejsc jest ubogi, nudzi sie juz po kilku wizytach. Generalnie dominuja niesmiertelne baranie flaki, ktore mozna zjesc z ryzem albo w zupie, albo z makaronem. Zupy do wyboru sa zwykle trzy - rosol z kluskami, barsz ukrainski i warzywna. Do tego najczesciej ryz i salatka z kapusty i/lub warzywna (niemal dokladnie takie same jak w Polsce). Jedzenie jest przyprawiane jedynie symbolicznie sola, wiec generalnie nie powala bogactwem smaku i aromatu. Czlowiek ma sie nim najesc do syta i tyle. Nieco lepiej sytuacja wyglada w drozszych barach i restauracjach. Asortyment dan jest szerszy (chociaz nadal kroluja "niesmiertelne"), porcje wieksze i lepiej doprawione. Osoby znudzone dosc uboga kuchnia mongolska moga wybrac sie do jednej z wielu restauracji koreanskich lub (ale to juz wymaga nieco poszukiwan) trafic do miejsc z kuchnia indyjska, tajska lub nawet srodziemnomorska. Nie ma co ukrywac, ze najwiecej doswiadczenia mamy z barami najtanszymi. Zaobserwowalismy tam na przyklad, ze norma jest kladzenie miesa (zwykle w postaci gulaszu) na purree ziemniaczanym nie tylko po to aby wydawalo sie, ze miesa jest wiecej ale po to aby te ziemniaki... podgrzac. Niestety podobny zaszczyt zadko spotyka frytki, ktore podawane sa po prostu na zimno. Chcialbym zobaczyc mine osob, ktore narzekaja ze w McDonaldzie frytki smazone sa w starym oleju!
Skoro jestesmy juz przy miedzynarodowych fast foodach - w Mongolii ich nie ma. Moze to i dobrze, moze zle, ale fakt faktem - wszyscy tesknimy za soczystym kurczakiem z KFC, frytkami z 'Maca' czy poteznym Whopperem z Burger Kinga. Nie mowiac juz o pizzy, ktora tutaj, nawet swiezo wypiekana, przypomina pizze z mrozonki (chociaz Lukasz i Michal mowia, ze zdazyla im sie ostatnio dobra). Mongolowie najczesciej jedza ich tradycyjne potrawe - pierogi (zamykane o gory) wypelnione "niesmiertelnymi". Dla nas sa one niemal nie do zjedzenie (ze wzgledu na 'specyficzny' zapach) lecz lokale je uwielbiaja i jedza przy kazdej okazji. Najbardziej zdziwila (zeby nie powiedziec - zniesmaczyla) nas praktyka przegryzania takiego pieroga na pol po czym wlewania wyciekajacego tluszczu i sokow do... herbaty z mlekiem.

Po obiedzie czlowiek ma zwykle ochote napic sie kawy. Jezeli nie zdecydowal sie pojsc do drogiej restauracji to musi w tym celu zmienic lokal. W Ulan Bator spotkac mozna calkiem nowe, ladne i zadbane kawiarnie, w ktorych jednak espresso potrafi kosztowac tyle co caly zjedzony przed chwila obiad. Nie spotkamy tu  jednak barow kawowych typu Starbucks, CoffeePlanet itp. ani zadnej innej alterntywy, wiec coz, trzeba placic. Na szczescie serwowana kawa jest naprawde dobra.

Jesli wieczorem przyjdzie ochota na piwo lub cos mocniejszego mozna wybrac sie do pubu. Wiekszosc z nich jest do siebie blizniaczo podobna i sprawia wrazenie pozbawionych klimatu, niezbyt przyjemnych miejsc. Niemal na kazdej wiekszej ulicy mozna spotkac "Irish Puby" a nam udalo sie trafic do pubu czeskiego gdzie z ogromna przyjemnoscia napilismy sie oryginalnego, zimnego Pilsnera Urquella. Niestety zapomnielismy  przedtem spytac o cene (11zl za butelke). Ceny lokalnych piw sa niemal identyczne jak w Polsce, tak w sklepach jak i w pubach czy klubach. A raczej jednym klubie, ktory odwiedzilismy, ktory nazywa sie Metropolis i jest oficjalnie najlepszym klubem w Mongolii. Zeby sie nie rozpisywac powiem tylko, ze wroclawskie kluby sa na nieco lepszym poziomie choc ten mogolski nie jest tak zatloczony i jest nowy, zadbany z dobra wentylaja. Dziewczyny w klubie prezentowaly sie naprawde znakomicie.Oczywiscie muzyka i poziom glosnosci zostawia wiele do zyczenia.

Podsumowujac - Ulan Bator oferuje duzo taniego ale niezbyt interesujacego jedzenia, nieco relaksu w kawiarniach i troche zabawy w pubach i klubach. Nie jest zle ale jakos szczegolnie dobrze tez nie. Ot, da sie zyc. 

4. Transport

Spacerujac ulicami Ulan Bator nietrudno dostrzec, ze jego mieszkancy korzystaja z kilku glownych form transportu.

Po pierwsze od razu widac dosc duze zageszczenie pieszych. Jest to calkowicie normalne i zrozumiale - centrum miasta jest male, chodniki sa waskie, wiec sila rzeczy potrafi sie zrobic tloczno. Najwiecej ludzi kreci sie przy przystankach autobusowych i na glownych ulicach handlowych. Stwarza to dobre  warunki do pracy kieszonkowcom, ktorzy juz pierwszego dnia probowali okrasc Lukasza. Na szczescie na tym nasze z nimi doswiadczenia sie zakonczyly, po czesci pewnie dlatego, ze od tego czasu bardzo sie pilnujemy. Jesli nie ma sie w planach eskapad poza okolice centrum, chodzenie jest tu bardzo dobrym wyborem. Spacerujac, nawet bez celu, po ulicach Ulan Bator  nie sposob sie zgubic (niestety nie sposob tez znalezc czegokolwiek ciekawego**).

Druga forma komunikacji, ktora rzuca sie w oczy, sa prywatne samochody. Jest ich mnostwo co w polaczeniu z mala iloscia drog i ich fatalnym stanem technicznym powoduje, zwlaszcza wieczorami, ogromne korki. Roznia sie one nieco od tych znanych z polskich miast. U nas korek jest czyms przejsciowym, czyms co sie zdarza, co trzeba przeczekac i pojechac dalej. Tutaj korek jest zjawiskiem permanentnym. O sytuacji wyjatkowej mozna mowic gdy uda sie plynnie przejechac jedna lub dwie przecznice. Najgorzej sytuacja wyglada wieczorami gdy stoi cale miasto, wszyscy na siebie trabia, policja robi wszystko co moze a i tak idac piechota mozna dotrzec wszedzie dwa razy szybciej niz samochodem. Najdziwniejszym przy tym zjawieskiem jest to, ze mieszkancy bardzo czesto w takich korkach lapia taksowki! Wiem, ze nie placi sie tutaj za czas a jedynie za przejechany dystans (nieco ponad 1zl/km) ale zajecie miejsca w taksowce, w takim korku oznacza wydluzenie swojej podrozy conajmniej dwukrotnie! Ponownie uderza ta niezrozumiala, mongolska logika.

W Ulan Bator istnieje komunikacja miejska. Jest kilkanascie (kilkadziesiat?) linii autobusowych i trolejbusowych, ktore ciesza sie dosc duzym powodzeniem. Bilety nie sa drogie, przystanki dosc gesto porozmieszane a same autobusy wygoda przypominaja popularne jeszcze do niedawna u nas Ikarusy. Na uwage zasluguje fakt, ze bilety sprzedawane sa wewnatrz autobusu a z glosnikow ciagle plynie uspokajajaca, mongolska muzyka.

Czwarta forma transportu sa 'ulubione' przez nas minibusy. Zabieraja one po kilkunastu pasazerow z przystankow autobusowych i woza  na dluzszych trasach - na przyklad na Black Market. Przejazd nie jest zbyt komfortowy ale za to tani. Ciekawostka jest to, ze podroz powrotna (w strone centrum) zawsze jest o 100 MNT (25gr) drozsza od podrozy "tam".

* "Niesmiertelne baranie flaki" zostaly tak przez nas nazwany gdyz po pierwsze wystepuja doslownie wszedzie a po drugie zdaja sie przetrzymywac najgorsze nawet warunki (np. kilka dni na sloncu w plastikowej torbie) nie tracac swoich "walorow" smakowych. Co prawda potem pasazerowie autobusu nieco wymiotuja ale o tym juz pisalem ;-)
** "Nic ciekawego" to oczywiscie niesprawiedliwe uogolnienie =]


Dziedziniec hostelu

Wnetrzne "naszej" jurty

Brama wejsciowa do naszego hostelu pod 4

  Nasza ulica

Siedziba rzadu na placu Suche Baatar

Chingis Chan - pomnik ma okolo 5 metrow wysokosci


Plac Suche Baatar. 
Budynek widoczny w tle stoi nieuzywany gdyz w wyniku bledow 
projektowo-konstrukcyjnych zapadl sie o 30cm. Mongolia welcome to.

Z dedykacja od Jacka dla Anudari ;)

Eine z biletem wroclawskiej komunikacji miejskiej

"Na przystanku"

W autobusie - gdzie jest Michal?



Koryto 'rzeki' przy dzielnicy jurtowej

Slumsy i nowe blokowiska

Bardzo czesto mozna natknac sie na taki widok.

Ulan Bator pnie sie do gory. W zlym stylu, ale do gory.


Ulaan Batar eye (nieczynne)

poniedziałek, 13 września 2010

Ludzie Mongolii

Mielismy zamieszczac zdjecia ludzi spotkanych na ulicy dopiero wtedy gdy, wyczerpia sie nam tematy. Mamy duzo do opisywania, dlatego odeszlismy od pierwszego pomyslu. W miedzy czasie bede zamieszczal zdjecia ludzi Mongolii.

Zaczynajac od poczatku- maszynista na granicy Rosyjsko-Mongolskiej

Glowne skrzyzowanie w Ulaan Bator

Na ulicy

Czlowiek przy wejsciu do swiatyni (fot. Jacek)

Opiekun swiatyni



Reszte zdjec pozostawie bez komentarza. Czekajac na pociag w Saynshand poszedlem na spacer i na co natrafilem sami widzicie.










Lukasz

niedziela, 12 września 2010

Migawki z lekcji


Ponizej przedstawiamy troche migawek z lekcji w szkole i sierocinca. Lekcje w sierocincu skladaja sie z roznych zajec, na pocztaku powtarzamy informacje z poprzednich zajec i zaczynamy nowy temat, nastepnie rozladujemy energie drzemaiaca w dzieciach przez roznego rodzaju zabawy. Jedana ze statycznych zajec polega na skladniu papieru, miedzy innymi ulozylismy labedzia, kwiatek oraz samolot po czym rozpoczelismy konkurs, ktory samolot poleci dalej. Zwyciezca dostawal cukierki. Urzywajac husty Klanzy udaje sie nam sprawic, ze dzieciaki sa zdolne skupic sie na kolejnym temacie zajec. Kazde wizyta w sierocincu konczy sie ogolnym szalem i zabawami, ktore wyciagaja z nas resztki energii.
Grupa Michala w szkole to osoby w wieku od 10-16 lat, ktore ucza sie angielskiego od kilku miesiecy.
Grupa Jacka to osoby pracujace w Chingis Bank, glownie kierownicy dzialow i glowny szef calego banku. Jedna lekcji dotyczyla zamawinia jedzenia w restauracji. Wszyscy zostalismy zaproszeni przez kursantow do restauracji w celu lepszego poznania tematu.


Pierwsza lekcja


Przygotowywanie ksiazek dla dzieci z domu dziecka

Uczniowie Michala

Belfer Michal

Lekcja w sierocincu, opiekunki uczyly sie razem z dziecmi


Pomocnik, ktory chetnie mazal tablice

Notatki z lekcji

Popis umiejetnosci fotograficznych jedengo z wychowankow sierocinca


Lekcja dotyczaca polskiej sytuacji ekonomicznej



Labedzie - origami
Dziedziniec przed domem dziecka

Zabawowy szal