środa, 8 września 2010

51 godzin mongolskiej podrozy

Przyszla pora na opisanie naszej podrozy nad Biale Jezioro, ktora w wyniku kilku zbiegow okolicznosci nie tylko nie dotarlismy nad jezioro ale udalo nam sie trafic na pustynie. 800km na poludnie. Ale po kolei.

Jak juz pisalismy dotarlismy minibusem do Cecerleg. Ponizej prezentujemy kilka widoczkow z trasy, zdjecia z Cecerleg oraz obraz typowej mongolskiej rodzinki spotkanej na stepie O tym wszystkim jednak juz pisalismy. Pisalismy tez o spotkanym Francuzie, ktory zaoferowal nam przejazd swoja Toyota Land Cruiser HDJ 81 z wlozonym 6-cio litorwym, doladowanym, toyotowskim silnikiem diesla wyciagnietym z jakiegos szesciokolowego pojazdu. Niestety Jackowi mimo wielu prob i szczerych checi nie udalo sie znalezc "dawcy" tegoz wspanialego silnika. Toyota nim napedzana (moc przekazywana przez automatyczna skrzynie biegow, niestety) niemal latala. Wiemy, ze miala okolo 300KM ale momentu obrotowego nie potrafimy sobie nawet wyobrazic. Michael (wlasciciel i kierowca) po tym jak uslyszal, ze Jacek to zapalony off-roadowiec obiecal, ze pozwoli mu pojezdzic po pustyni.
Z Cecerleg wyruszylismy okolo 8 rano i od razu wjechalismy w droge wiodaca na poludnie - na pustynie. Widoki byly przepiekne. Absolutnie plaskie pustkowie, widocznosc w kazda strone (na oko) 100km, idealnie blekitne niebo z powoli przeplywajacymi po nim cumulusami, ktore sprawialy wrazenie namalowanych i zawieszonych na niebie. Niestety zadne zdjecie nie oddalo tego niesamowitego widoku.
Michael, mimo slusznego juz wieku, okazal sie kierowca z krwi i kosci - mimo, ze jechalismy po nierownych szutracj i piaskach momentami nasza srednia predkosc zblizala sie do 100km/h. Na "wolniejszych" odcinkach spadala do "zaledwie" 60-70km/h i to wszystko na 3 oryginalnym amortyzatorach i jednym Old Man Emu. Mielismy troche problemow z hamulcami (a scislej rzecz ujmujac - przez ostatnich 100km nie mielismy ich wcale) wiec mimo wczesniejszych zapewnien Michael nie pozwolil Jackowi poprowadzic.
Na szczescie gdy pod wieczor zatrzymalismy sie w malutkiej miejscowosci na srodku pustyni (Jacek i Lukasz rozegrali tam nierozstrzygniety niestety mecz bilardowy z lokalami) Michael poszedl spac do hotelu a jego mechanik i drugi kierowca w jednej osobie wywiozl nas kilka kilometrow za osade abysmy tam rozbili nasz namiot. Po dwoch godzinach, gdy zrobilo sie juz calkowicie ciemno, wrocil i pozowlil nam troche pojezdzic. Auto okazalo sie byc niesamowite. Jadac z tylu, jako pasazer nie bylo tego czuc, ale kazde glebsze docisniecie gazu powodowalu trudna do opisania eksplozje mocy, ktorej akompaniował ryk silnika i odlgos ogromnych ilosci powietrza wsysanych przez snorkel. Szkoda jedynie, ze jezdzilismy w nocy, na szosowych oponach i stosunkowo delikatnych amortyzatorach - nie moglismy nawet w 1/3 wykorzystac mozliwosci tego auta.
Pewnie niektorzy czytajacy tego posta zastanawiaja sie po co komu taki potezny silnik w zlyklej terenowce. Otoz okazalo sie, ze nie jest ona taka zwykla. Michael, wlasciciel firmy zajmujacej sie poszukiwaniem zloz surowcow naturalnych na pustyni Gobi, ma 3 wiertla do badan glebinowych. Kazde z nich sklada sie zwielu elementow, ktore lacznie waza 21 ton. Toyota, ktora jechalismy do Dalanzadgadu Michael przeciaga te wiertla przez pustynie do kolejnych obszarow badan. 21 ton po gorzystej, kamienistej pustyni. Robi wrazenie.

Mysle, ze "wstawki offroadowej" juz wystarczy, pora wrocic do naszej podrozy. Po dwoch dniach dotarlismy do Dalanzadgadu, w ktorym obiecano nam darmowy nocleg w jurcie na terenie hostelu prowadzonego przez zone Michaela - Mongolke, ktora nauczyla sie od meza francuskiego ale po angielsku nie umiala powiedziec nic. Dla Jacka i Lukasza byl to niezly sprawdzian nauki wyniesionej z ich uczelni (dla niewtajemniczonych - kazdy student MWSLiT obowiazkowo uczy sie francuskiego przez 3 semestry).
Po dlugiej podrozy odpoczynek w Dalanzadgadzie przyjelismy z ulga. Dopiero nastepnego dnia postanowilismy zwiedzic okolice, a stricte mowiac pobliski Park Narodowy. Niestety bylismy ograniczeni zarowno pod wzgledem czasu jak i posiadanych funduszy, wiec zdecydowalismy sie tylko na krotka (1,5h jazdy UAZem w jedna strone) wycieczke do kanionu, ktory slynie z tego, ze nawet w lecie, w niektorych miejscach zalega w nim snieg. Niestety w tym roku snieg stopnial (globalne ocieplenie? ;-)  ) ale mimo to kilka godzin spedzonych miedzy malowniczymi skalami w towarzystwie wszechobenych, niewielkich gryzoni pdobnych do chomikow (niestety szybkie sie bestie okazaly - zdjecia nie udalo sie zrobic) oraz polujacych na nie sepow, bedziemy bardzo pozytywnie wspominac. Widzielismy tez niewielkie stado jakow a Jacek zaprzyjaznil sie z bardzo spokojnym konikiem polnym (?), ktorego nazwal Jefrey. Jefrey podrozowal na jego reku przez dobrych kilkanascie minut zanim zdecydowal sie wrocic do swojego naturalnego srodowiska.
Wspomnialem, ze jechalismy UAZem (okropne auto). Musze jednak dopisac pare slow o kierowcy. Jego zdjecie zamiescilismy ponizej. Jego twarz przez caly czas wyrazala ta sama, zimna bezwglednosc. Bylismy przekonani, ze gdyby zechcial, moglby bez mrugnięcia oka skrecic kark mlodemu kotkowi ;-)

Po po wrocie do DZ (Dalanzadgad) postanowilismy odwdzieczyc sie za goscine i kupilismy Michaelowi i jego zonie butelke wytrawnego, bialego, poludniowoafrykanskiego wina. Na szczescie okazalo sie byc bardzo smaczne. Przy okazji Michael powiedzial nam, ze jest ostatnim potomkiem francuskiego rodu, ktory od setek lat zajmowal sie produkcja wina.

Nastepnego dnia przyszedl czas powrotu do Ulan Bator. Niestety jedynym sposobem (poza niemozliwie wrecz drogim samolotem) byl autobus mieszczacy okolo 30 osob, ktoremu dotarcie do UB zajmuje okolo 15-16h. Na calej trasie (ok. 800km) nie ma ani kilometra asfaltu. Zapowiadalo sie swietnie ale nic nie moglo nas przygotowac na koszmar, ktory nas czekal.
Zaczelo sie od totalnego zaskoczenia. Lukasz i Jacek, ktorzy studiuja logistyke, dowiedzieli sie, ze bagaze zajmujace 2 metry szescienne da sie jednak upchnac do bagaznika o pojemnosci 1,5 metra szesciennego. Ucierpialy na tym niektore z naszych rzeczy ale to byl dopiero poczatek. Pozniej okazalo sie, ze zostalismy posadzeni tylem do kierunku jazdy, na silniku (gorace fotele moze sa fajne w zimie ale nie przy 30 stopniowym upale) a dodatkowo na nasze nogi skierowano goracy strumien powietrza gdyz silnik wyraznie sie przegrzewal i kierowca musial robic przerwy co 2-3 godziny. W trakcie kilku z tych przerw ktorys z pasazerow wymiotowal przed autobusem (i tak dobrze, ze nie w srodku). Wiekszosc pasazerow wracjaacy pozniej do autobusu wyraznie sobie tym glowy nie zaprzatala i wdeptywala w wymiociny wnoszac je do srodka. Jakby tego (i placzacych dzieci) bylo malo, w pewnym momencie na podloge tuz obok nas wylala sie butelka kumysu, ktory powiedzmy sobie szczerze - smierdzi potwornie. Oczywiscie nie mielismy miejsca na nogi o zasnieciu moglismy pomarzyc. Gdyby tego bylo malo w okol rozpetala sie burza z piorunami a my bylismy jedynym odstajacym od stepu obiektem, metalowym w dodatku. W pewnym momencie zaczelismy zartowac, ze moze lepiej by bylo gdyby w koncu ktorys w nas trafil. Przynajmniej skonczyla by sie ta najbardziej meczaca w naszym zyciu podroz. Nic takiego sie jednak nie stalo i jechalismy dalej. Gdy juz widzielismy przedmiescia UB autobus stanal wyraznie zepsuty a kierowca zabral sie do dlugotrwalej naprawy silnika. Jacek byl dosc zaskoczony gdy zobaczyl pod maska dosc potezny, benzynowy silnik V8. Biorac pod uwage predkosc, moc i zdolnosc pokonywania wzniesien spodziewal sie raczej jednostki czterocylindrowej ;-)

Ulan Bator nie nalezy do miejsc ani ladnych, ani milych ani ciekawych. W zasadzie to nie lubimy tego miasta. Jednak gdy autobus w koncu stanal na przystanku i moglismy z niego wysiasc, poczulismy ogromna ulge. Pozniej, przez caly dzien odpoczywalismy w naszej jurcie dziekujac wszystkim mozliwym bogom, ze ta podroz wreszcie dobiegla konca.

Pokonalismy okolo 2100km. Przez 10h jechalismy (tylem do kierunku jazdy) minibusem, przez 20h Toyota, przez 3h UAZem i przez 18h autobusem (rowniez tylem do kierunku jazdy).

(przepraszam za brak polskich ogonkow i niepoprawiona pisownie ale widze za soba duza kolejke do internetu i niemal czuje narastajaca w powietrzu frustracje innych gosci hostelu. Jacek)



































poniedziałek, 6 września 2010

Ukryte lęki

Taka wypowiedz Michała znaleźliśmy na jednej ze stron internetowych opisujących nasza wyprawę. Dobrze dowiedzieć się obaw Michała, choć sam do tego się nie przyznaje.
"Pierwszy etap to podróż pociągiem do Sayndshand, dokąd jedziemy z dwójką poznanych Polaków. Potem razem z przewodnikiem ruszamy na pustynię Gobi - mówi świdniczanin Michał Działowski. - Osobiście najbardziej boimy się braku toalet ale myśl o przygodzie i lekcjach angielskiego zagrzewa nas do tego najbardziej ekstremalnego etapu naszej wyprawy."














Adam, nie jest tak źle ;)
ps. Michał bardziej boi się małych różowych gąbek w wannie...


Cały artykuł możecie zobaczyć na stronie wroclaw.pl
http://www.wroclaw.pl/wroclawska_wyprawa_mongoliang_rusza_na_step.dhtml
ps.2. Zdjęcie małego Tingisa zostało zrobione przez  Łukasza.

niedziela, 5 września 2010

Czysta radosc


Na początek muszę wyjaśnić, dlaczego przez ostatnich kilka dni nie zamieściliśmy żadnego nowego wpisu. Po pierwsze działo się naprawdę wiele, po drugie nie mieliśmy dostępu do Internetu a po trzecie w okolicy, w której mieszkamy, co jakiś czas brakuje prądu i zdarzało się, że traciliśmy cały wpis tuż przed jego opublikowaniem. Mamy nadzieję, że uda nam się nadrobić wszystkie zaległości w ciągu kilku najbliższych dni. Póki co jednak, skupimy się na wydarzeniu najważniejszym – naszej wizycie w dwóch z 19 lokalnych sierocińcach.

Przez ostatnie dwa dni, razem z dwoma lwicami (członkinie lokalnego oddziału Lions Club Intenrational- działającej na całym świecie organizacji charytatywnej) kupowaliśmy prezenty dla wychowanków) domów dziecka. Zaopatrzyliśmy się w ogromne ilości zeszytów, bloków rysunkowych, plasteliny, flamastrów, kolorowej kredy itp. Kupiliśmy też to, co dzieci lubią najbardziej – słodycze.

Przez cały dzisiejszy poranek segregowaliśmy i rozdzielaliśmy nasze prezenty na 50 zestawów a gdy skończyliśmy ruszyliśmy w stronę sierocińców. Obawialiśmy się, że spotkamy się ze skrajną biedą i smutkiem jednak okazało się być inaczej. Przywitała nas grupa dwudziestu dzieci w wieku od zaledwie ośmiu miesięcy do 12 lat. Nie zwlekając Michał zaczął bawić się z dziećmi i nauczył je kilku gier i zabaw. Bawiliśmy się w „ciepło-zimno”, w berka, węża i masę innych prostych, wesołych zabaw. Absolutnym hitem okazała się być wielka, kolorowa chusta (zwana spadochronem), dla której Michał zna wiele ciekawych zabaw. Pierwszą z nich jest szarpanie i falowanie (zabawa w morze- wzburzone bądź spokojne), którą później wzbogaciliśmy o próbę trafienia niebieską piłeczką WSB w środek płachty gdzie znajduje się niewielki otwór. Następnie na chustę wchodziły co drobniejsze dzieci, które podrzucaliśmy (czasami dość wysoko) do góry. W międzyczasie kilkoro dzieci w wiku 5-6 lat bardzo zainteresowało się aparatem fotograficznym Łukasza i już po paru chwilach całkiem sprawnie się nim posługiwały. Ciekawe czy zgadnicie, które zdjęcie zawdzięczamy naszym młodym fotografom. Wszystkim zabawom przez cały czas towarzyszyły głośne śmiechy i szerokie uśmiechy, co także i nam sprawiło ogromną radość.

Na koniec obdarowaliśmy dzieci oraz pracowników sierocińca przeznaczonymi dla nich prezentami. Poziom szczęścia osiągnął apogeum i jedynym wypowiadanym słowem stało się „bajerla”, czyli po mongolsku dziękuję. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia, z żalem pożegnaliśmy wszystkie dzieci i pojechaliśmy do drugiego domu dziecka.

W przeciwieństwie do pierwszego odwiedzonego przez nas miejsca, drugie nie prezentowało się już tak dobrze. Gołe, nieotynkowane ściany, dzieci chudsze, brudniejsze i gorzej ubrane, ale mimo to równie wesołe. Prowadzącą okazałą się być bardzo sympatyczna, ciepła i otwarta francuska zakonnica. Nauczyła ona swoich podopiecznych jej rodzimego języka co na pewno przyda im się w dorosłym życiu.

Przez dwie godziny bawiliśmy się tak samo jak wcześniej i nie można było nie poczuć, że w tym czasie dla dzieci nie istniało nic poza czystym szczęściem. Było to dla nas bardzo wzruszające doświadczenie. Czuliśmy, że dajemy tym dzieciom to, czego najbardziej im brakuje na co dzień.

Resztę popołudnia spędziliśmy na obiedzie z naszymi znajomymi „lwicami”, z którymi ustaliliśmy szczegóły lekcji angielskiego, które zaczniemy prowadzić już od poniedziałku.


W kolejnych wpisach opiszemy kogo i jak uczymy oraz naszą wyprawę na Białe Jezioro, która dziwnym zbiegiem okoliczności skończyła się na pustyni, ponad 800km na południe.